Jakbym się skurwił obcym ciałem, zaćpał wyrzutem sumienia, jakbym się zadławił żałobą. Pokutnik pod gorącym lustrem. Z kranu leje się wrzątek, paruje, jak sauna. Jak sauna. To był ten czas, kiedy wstydziłam się o tobie myśleć, bo byłeś tylko gonadami, językiem i dłońmi. Jak sauna. M-A-G-D-A… Mój palec, twój palec, mój język, twój ząb, twój palec, mój głos, twoje włosy. I oczy. Jakbyś wyszła w tej parze z lustra i stała obok i modliła się: pieprz mnie! Pieprz mnie. Magdo… tymi długimi palcami. Zdzieraj mi skórę z pleców, wyjadaj mnie zza paznokci. Do bólu nakrotycznie, jakbym kochał się z własnym cieniem, ze swoją skórę zdjętą z wnętrzności. Jakbym stał obok i mógł cię odnaleźć we własnym pocie, w skórze, między włosami. Czasem myślę, że na stałe mieszkasz w mojej krwi, w jej bieli i czerwieni. Czasem się rozkrawam na kawałki i sprawdzam, szkiełko i oko, ale migają mi tylko plamy, bez kształtów, o kształtach. Takie, jakie widywałem na tobie tuż przed sauną.
Jesteś moją amputowaną prawą ręką, prawą nogą, prawym uchem i okiem. Prawą połową mózgu. Jestem inwalidą, pół-sierotą po sobie samym, kaleką twojej śmierci.
Za ile się ze mną prześpisz? Wydmuchałem jej dym papierosa w twarz, widziałem oburzenie i łzawiące oczy. No co pan! Ja nigdy, nie dla pieniędzy! Wyciągnąłem z portfela pięćset złotych. Dość? Ha! Już się wahała. Ale pokręciła głową. Wyciągnąłem drugie tyle. A teraz? Gdzie mieszkasz? Jasne, zaprowadzę cię do mieszkania, a później będziesz przychodzić na żebry. Kurwa! Jak ja nienawidzę kurew! Niedaleko jest hotel.
Była słaba, mała zakompleksiona dziewczynka z zimną cipką. Taki niewydarzony potworek powalający na ulicy bezpośrednim krokiem. Można się pomylić. A później te jej zapłakane oczy i tłumaczenie, że ona nigdy, ale to dwa miesiące czynszu, ona teraz nie będzie więcej musiała itp. Do następnego razu, pomyślałem. Wiesz, miała takie włosy jak twoje, czekoladowe, z jasnymi słonecznymi pasmami. Mieniły się złotem i miedzią, drżały na wietrze, miękkie jak twój szlafrok, ten, w którym mnie przyjęłaś jako doręczyciela pizzy, miałaś grypę. Kochaliśmy się na waszym małżeńskim łożu. Ja już wtedy wiedziałem, że nie sposób cię nie kochać. Nieważne. Nie dałaś się złapać nawet na pięćdziesiąt tysięcy, oddałaś mi się za darmo, moja dziwko, moje pożądanie.
Jest północ. Wynajęłam pokój na cały tydzień, żeby nikt nam już nie przeszkadzał. Tak do bólu sami, tak samotni, że nawet miłość nie zetrze śladów krwi ze ścian. Taka twoja, bez futer, bez szminek i szpilek. Tak do bólu oczu naga i zwyczajna. Z twarzą porcelanowej lalki, twarzą zalaną łzami, porannym tuszem, kawałkami cienia. Te zwyczajne usta z resztką tłustej masy, kolor 058, zmieniłam na twoje życzenie. Taka czysta, świeżo narodzona. Z oczami rozwartymi, z bólem wpatrującymi się w sufit i kawałek okna, tak bokiem. Na zerwanych paznokciach stary lakier, na stopach odciśnięte jeszcze oczka kabaretek. Poskładałam wszystkie sukienki, kiedy przyjdziesz, wyciągnę je z kartonu. Zimno mi w palce. Widzisz? Lubisz, gdy rozchylam delikatnie wargi, tak, że można dotknąć zębów. Przez usta tak łatwo wejść mi w duszę. Jeszcze drga mi powieka, tak przedsennie. Ty mówiłeś: brak magnezu. Wiesz? Odeszłam od męża. Na stole, o tam, leżą papiery. Mamy dla siebie cały dom. I kota. I wielkie okno, na świat. Zawsze ci się podobało. Niewygodnie mi, zimno w nagie piersi, chłodno mędzy udami. Coś zalewa mi oczy, a ja jestem tak senna, wybacz, nie przetrę ich sama.
*** Młoda kobieta, stały gość, tak, i ona. Szybko! Kobieta, lat 30, brunetka, wzrost-175, waga 54, samobójstwo, strzał w głowę. Do prosektorium. Pan ją znał? To była kobieta mojego życia. ***
Kochany, nikt nie zmyje mojej miłości ze ścian hotelowego pokoju.